Trener różni się od wykładowcy, lektora, prelegenta czy recytatora tym, że wykorzystuje w szkoleniach różnorodne metody szkoleniowe. Robi to świadomie i adekwatnie do grupy i procesu grupowego. Jeśli tak nie robi, to lepiej pasuje do niego jedno z czterech powyższych określeń. Nie znaczy to jednak, ze musi na siłę stosować metody, których najzwyczajniej w świecie nie czuje. Wręcz odwrotnie – tak właśnie robić nie wolno.

Różne metody miały swoje „złote wieki” w historii polskiego trenerstwa. Kiedy technika poszła naprzód, zaczęto seryjnie robić prezentacje. Do tego stopnia, że można było pobijać rekordy Guinnessa w liczbie przygotowanych slajdów na jeden dzień (w tym w liczbie nigdy nie wyświetlonych ze względu na brak czasu). Nie bez przyczyny ukuło się ironiczne określnie specjalistów w tej dziedzinie jako „szafarzy slajdów”. Później masowo stosowano mapy myśli, a także pracę projektem, choć niektórzy nie do końca potrafili wyjaśnić tego pojęcia…

Oczywiście stosuj różne metody szkoleniowe, ale wybieraj te, które sprawiają ci przyjemność i w których czujesz się dobrze. Jeśli nie przepadasz za pracą metodą case study, to po prostu tego nie rób. Skorzystaj na przykład z pracy z tekstem. Jeśli nie pasuje ci ćwiczenie, które ktoś ci polecił, sam pokombinuj, jakie opracować we własnym zakresie. Trener prowadzący bez przekonania i wiary (nie tylko w treść, ale też w sposób, w jaki ją przekazuje) od razu zostanie zdemaskowany. A twój brak zaangażowania, pewności siebie przełoży się na demotywację do pracy uczestników i katastrofa gotowa.

I jeszcze jedno. Nie daj sobie wcisnąć do realizacji scenariusza szkolenia, którego sam nie tworzyłeś, albo z którym co najmniej się nie utożsamiasz. To pójście na łatwiznę („bo nie muszę projektować modułów”) zgubi cię w trakcie prowadzenia.